17.02.2017

Tak opuszczamy stary świat

Nasza prawda, pozostanie naszą prawdą. Dla kogoś będzie ona zawsze trochę inna. Będzie przelana przez sito czyiś uwarunkowań, czyiś interpretacji. Będzie odebrana zawsze nieco inaczej. Jej kształty czasami odrobinę, czasami diametralnie, zmienią się. Nie będzie już to "jej/jego prawda", tylko będzie to "jej/jego prawda", zmiksowana z "naszą". 

Czyjeś doświadczenie zawsze będzie dla nas tylko opowieścią. Nigdy nie będzie ono prawdą absolutną. Nawet dla niego. Dla niego będzie jego prawdą. Jeśli są nam opowiadane, przyglądajmy się temu, obserwujmy. Nie wchodźmy zbyt głęboko emocjonalnie. Jeśli uczestniczymy we wspólnych wydarzeniach, uczestniczmy, bądźmy w tym, obserwujmy, odczuwajmy, bądźmy całym sobą, nawet zatraćmy się w nich, jakby nie istniało nic innego. 

To też rodzaj medytacji. Jest to tak ważne i dlatego o tym piszę, sam bardzo często łapiąc się na porwanie, zdominowanie przez iluzję, aby tylko przypomnieć. Przypomnieć, że trzeba odróżnić tę umysłową planszówkę, która jest aż wypchana od różnych ścieżek fikcji i szablonów, od tego, czym dane doświadczenie faktycznie jest i co ma nam do przekazania.

Każde takie wydarzenie, każda opowieść, wszystko co pojawia się z zewnątrz, jest dla nas pewną wskazówką. Im mniej emocji w obserwacji, tym obserwacja jest bardziej czysta. Jeśli będziemy interpretować te wskazówki poprzez umysł, tak jak sny poprzez senniki czy sztukę poprzez określone przez kogoś wytyczne, zawsze odpowiedź, którą otrzymamy, będzie sztuczna i pozbawiona Prawdy, która do nas zapukała. Podążanie za tym, czyli za samym sobą w pełnej Obecności musi być kluczem, bo wszelkie zagubienia wynikają z podążania za kimś, za czymś; za idolami, za zbawicielami, za pismami, za historią, za umysłem. Tak opuszczamy stary świat umysłu, cierpień, poszukiwań. 

To wszystko nie ma nic wspólnego z czymś nudnym, szarym, pozbawionym kolorów. To ma najwięcej kolorów, jest fascynujące, najjaśniejsze, jedynie pozbawione sztucznej euforii, którą zna umysł jako coś niezbędnego do uzyskania radości. Umysł obserwujący kogoś siedzącego podczas medytacji, widzi go jako sennego człowieka, który właśnie traci czas, a mógłby zrobić coś pożytecznego :) Człowiek, który otwiera się podczas medytacji, łączy z samym sobą, tryska źródlaną radością, niewidoczną dla umysłu, stanu pozbawionego wszelkich, nisko wibracyjnych emocji. Ta radość jest nieco inna, jest bardziej subtelna i po hossie, nie następuje bessa. Poszerza postrzeganie, bo właśnie ów człowiek łyknął najczystszą i najskuteczniejszą medycynę, która nie pozostawia brudów, która daje najlepsze z możliwych odpowiedzi, wglądów i która jest całkowicie ZA DARMO.

Podobno może u każdego z nas nastąpić moment, w którym już nawet medytacja jako taka nie będzie potrzebna, bo w stu procentach każda czynność staje się medytacją, a my jesteśmy już taką pełnią, którą zawsze byliśmy, odczuwając siebie jako wszystko i we wszystkim. Czuję, że tak faktycznie, ale piszę "podobno", bo póki nie będę w stu procentach w takim stanie, będzie to tylko teoria, czyjaś prawda, a moje wyobrażenie.


~ Paweł Drewniak (autor bloga)

13.02.2017

Świadomy sen - 13.02.2017

Wieczorem dość mocne przemęczenie organizmu domagającego się snu, wewnętrzny relaks, medytacja z pomocą rape przed zaśnięciem i w okolicach północy z 12-02-2017 na 13-02-2017 przyszedł czas na sen...


W trakcie snu było po godz. 21:00 (szach-mat przekonanym, że nie przeczytasz w śnie tego co masz na zegarku lub w komórce). Byłem w Opolu przy osiedlu Malinka z bliską mi duszyczką (postanowiłem publicznie nie pisać imion i nazwisk, osób, które się pojawiały w snach, dlatego użyję pokrewnych stwierdzeń). Mieliśmy zajść do znajomego, ale że było późno i byłem zmęczony to zadzwoniłem do niego, czy jest chętny na nasze odwiedziny. Rozsądnie zaproponował inny dzień, więc przyszedł czas na powrót i sen. "Obudziłem się"... Tzn tak myślałem. Otwieram laptopa, piszę na czacie grupowym na fb, że spotykamy się w mieście. Patrzę - jest po 22, chyba 22:37. Wyszedłem na miasto, byłem gdzieś na głębokim Zaodrzu i praktycznie na każdym rogu ulicy, jakaś bijatyka. Polegało to na tym, że jak się przyłączałeś do bójki, to zostawałeś członkiem grupy i grupą "polowałeś" dalej. To taki umówiony jeden wybrany poza prawem dzień w tygodniu czy w miesiącu... Przechodziłem przez różne zaczepki, próby ściągnięcia mnie, czasem rozmawiałem i przechodziłem, czasem gdzieś wybiegłem jak była konieczność i tak poruszałem się po mieście. Skręcałem w różne miejsca, których momentami przestałem poznawać i zdałem sobie sprawę, że nie wiem gdzie jestem, ale intuicyjnie kierowałem się w stronę centrum. Przy remontowanym moście przechodziłem na drugą stronę ulicy, ale zawołał mnie policjant, spisujący jedną ze dziesiątek wspomnianych grupek. Podałem imię i nazwisko. W grupie poznałem znajomego, z którym przywitałem się, ten poklepał mnie po plecach i stwierdził, że "to porządny gość" a policjant powiedział, żebym poszedł, więc obyło się bez mandatu :) Za chwilę budzę się... [ponownie?] - Nie ma to jak wybudzić się ze snu, który był bardzo rzeczywisty i być przekonanym, że już jest się w realu, po czym budzić się znowu i mieć ponowne, pełne przekonanie, że już się nie śni :) I bądź tu człowieku mądry.

Leżałem z zamkniętymi oczami i czułem, że wchodzę w stan "półsnu", gdzie część świadomości zostaje w ciele (czułem jak poruszam kończynami), a część świadomości jest "po drugiej stronie". Pod powiekami widziałem jak kreował się popielato-srebrno-biały ekran. Starałem się utrzymać ten stan jak najdłużej, będąc ciekawy co się wydarzy, z drobnym lękiem czy nie spotkam czegoś, czego bym nie chciał, czy nie wciągnie mnie w jakieś nieciekawe światy. Nie wiem ile to trwało, prawdopodobnie nie więcej jak 30 sekund. W końcu pojawiłem się całym sobą w tym ekranie i zwyczajnie "rozpocząłem sen" z wielkim "hurra!" kiedy miałem drugi raz w tym roku pełną świadomość, że jestem we śnie. I tu zaczęła się przygoda :) 


[Sen świadomy, nazywany również jako LD, to nic innego jak pełne przekonanie podczas snu, że jest się we śnie, możliwość kreowania wielu rzeczy, miejsc, sytuacji, przemieszczania się w różnoraki sposób i często wspaniała rozrywka, którą tworzy nam "sam sen" lub którą tworzymy sami za pomocą myśli albo nawet bez jakichkolwiek myśli. To również wglądy w siebie, rozpoznanie. Takie sny należy czytać na głębszym poziomie, część rzeczy wychwytuję, wielu jeszcze nie rozumiem. Nigdy nie zaglądam w senniki, bo to największa bujda. W snach mieszają się symbole, którymi może być przedmiot, zwierzę lub cokolwiek innego, co dla każdego z osobna może mieć inne znaczenie. Jedna osoba zobaczy psa, przeczyta w senniku coś co ma się wydarzyć, a dla innej pies może być przyjacielem. W senniku pies i przyjaciel mogą mieć przeciwne znaczenia. Poza tym wiele elementów można podłożyć pod wiele sytuacji życiowych, tak że możemy palcem wylosować sobie "przepowiednie" i przypasować ją pod daną okazję - ostatecznie stwierdzimy, że niemal wszystko się sprawdza :) Powtarzam - senniki to bujda i ostatnia książka, którą chciałbym dziś mieć na półce]

Pojawiłem się przy rzece, a wokół mnie mnóstwo łabędzi. Wzbiłem się w powietrze wraz z nimi i wspólnie fruwaliśmy wzdłuż rzeki, kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt metrów nad wodą. To było niesamowite przeżycie, mimo, że już zdarzało mi się latać niejednokrotnie. Lataliśmy, a ja tylko zachwycałem się lotem i widokami. Czułem dużą więź z tymi ptakami, dołączyły do nas jeszcze małe, prawdopodobnie koliberki. Kiedy lądowaliśmy przy brzegu rzeki, łabędzie miały jakby częściowo kobiece, ludzkie twarze. Było to ciekawe, ale wolałem pójść dalej zobaczyć, co napotkam, co się pojawi.

 
Po długim czasie spędzonym na świeżym powietrzu w otoczeniu rzek i gdzieś w oddali również gór i wyżyn, przyszedł czas na spotkanie ze znajomymi. Zobaczyłem się z nimi i tutaj mam drobny delete pamięciowy. Po spotkaniu z nimi i kolejnych lotach nad różnymi miejscami, otrzymałem sugestię, aby spotkać się z kolegą i coś mu pokazać. W moment przeniosłem się na bliskie Zaodrze, przypominało most przy ul. Piastowskiej w Opolu. Nie było nikogo więcej w tym momencie, kolega pojawił się, a wraz z nim dopiero całe otoczenie. Powiedziałem, żeby poszedł ze mną, to pokażę mu coś - wzbiłem się w powietrze i wziąłem go, tym razem w stronę miasta. Nie był co do tego przekonany, potem już wiedziałem dlaczego...

Wszedłem, a właściwie wleciałem oknem do budynku, który stał przy rzece. Był dość długi, od tej strony poprowadzono nawet mur i nie wiem dlaczego, miałem przekonanie, że ciężko będzie po prostu ominąć ten budynek i wlecieć ponad nim, dlatego pojawiłem się na parterze. Miał może max 2-3 piętra - jak patrzy się z zewnątrz... :) Co w środku? Dość długi korytarz, kamienne schody prowadzące piętro w dół, dość dużo pomieszczeń. Wnętrze w ciemnej okrasie, głównie w drewnianym, ciemnym brązie i czarne drzwi. Słyszałem jakąś próbę przemówienia lub planu marketingowego. W oddali dwóch krawaciarzy, jeden z nich, sługa systemu, głosił coś o firmach, które są największe, które mają największy prestiż. I już zdałem sobie sprawę - wkraczając w miasto, wkroczyłem w głęboki Matriks. I pewnie zaraz napotkam różne jego formy. 


Wsłuchiwałem się w ten głos, byłem zdumiony jak konstruowane są zdania, w jak perfekcyjny sposób używane jest słownictwo i zacząłem się zastanawiać - skoro ten sen jest mój, to jak to jest możliwe, że słucham takich rzeczy, których w życiu nie potrafiłbym ułożyć za pomocą znanych mi słów, które łączą się w całość. Dłużej nie stałem słuchając manipulującego głosu lobby dla mas, który miał hipnotyzować społeczeństwo do tworzenia sztucznego obrazu wielkości i znaczenia w życiu firm i korporacji. Zobaczyłem co "moje miasto" miało mi do zaoferowania dalej i wiedziałem, że znajdę to w tym budynku. Jako, że nie mogłem znaleźć schodów prowadzących na górę, wiedząc, że śnię, pomyślałem, że jak wzbiję się w powietrze, to nie uderzę głową w sufit. I faktycznie, wlazłem jak w masło i całkiem przyjemnie przemieściłem się piętro wyżej. Tam spotkałem budkę z kebabem, prawdopodobnie dla pracowników tego budynku. Siedział tam taki dziadek, którego rzuciłem czymś lekkim co miałem pod ręką i humorystycznie, ale stanowczo powiedziałem mu, żeby wprowadził do sprzedaży wegetariańskie potrawy :) Zaskoczyła mnie jego reakcja, zachował się agresywnie, a jego twarz przeobraziła się w... Władysława Bartoszewskiego. Szalony profesor-sprzedawca kebaów wstał, a właściwie wyrwał z krzesła i wyszedł bokiem z "budki", wypowiedział jedno zdanie, którego nie zapamiętałem, ale byłem pewien, że już go słyszałem i to z jego ust. Przeszukałem internet i nie znalazłem tego cytatu, może jednak były to nowe słowa. Postanowiłem nie wchodzić w dyskusję i szarpaninę słowną.

Szedłem dalej wzdłuż korytarza i przeszedłem do pierwszego po małym holu pokoju z lewej strony. Nic nadzwyczajnego tam nie było, może nawet była to łazienka, bo zapamiętałem umywalkę i lustro nad nią. Opuściłem pomieszczenie, szedłem dalej i... zaskoczyłem. Lustro! Czemu obawiałem się przyjrzeć sobie? Wróciłem tam. Popatrzyłem i oglądam siebie - ze szczegółami jak w realu. Twarz nie różniła się niczym. Wszystko takie samo. Patrzyłem sobie przez kilkanaście sekund głęboko w oczy. Pomyślałem - spoko - fajnie jest wiedzieć, że się śni i jeszcze móc się przyglądać sobie w taki sposób. Było to satysfakcjonujące doświadczenie :) Ale w "budynku Matriksu" to nie mogło być wszystko. 

Wszedłem w kolejne pomieszczenie, nie chwytając za klamkę (spodobało mi się przechodzenie przez ściany, drzwi, sufity, okna, podłogi). Robiłem to w taki sposób, że najpierw wyciągałem ręce i potem wchodziłem resztą ciała, naprawdę fajne uczucie. W tym pokoju zobaczyłem kilka starszych osób, zwłaszcza kobiety. Widziałem zmęczenie w ich oczach, postanowiłem je przytulić. Jedną przytuliłem i dopiero zobaczyłem, że mają nieco zdeformowane twarze. Duże wypryski, gdzieniegdzie gule dużych rozmiarów, skrzywiona wybrzuszona broda lub inne elementy na twarzy, sińce. Nie wyglądało to wesoło. Powiedziały mi, że nie powinienem ich przytulać, bo są chore. Miały na myśli łatwość zarażenia się "tym". Widziałem z jakim smutkiem to mówiły, zatem pozostałe osoby tylko "przytulałem" wyciągniętymi rekami o ich ręce i ramiona. Myślałem, że to tylko jeden pokój, ale w kolejnym było podobnie - schorowane osoby, twarz się deformowała na moich oczach, pojawiały się także osoby z zespołem downa - wszyscy w wieku emerytalnym. Męczyło mnie już to i to była pierwsza sytuacja, gdzie odczułem lęk, mimo, że byłem we śnie i miałem świadomość, że mogę wszystkim sterować. Nie próbowałem jednak tego zmieniać i szukałem wyjścia. Szybko przemieszczałem się między piętrami - jedno, drugie, trzecie, czwarte i... patrzę przez okno, wciąż byłem na tej samej wysokości. Wiedziałem, że chyba próbuję uciec, a ucieczka nie jest rozwiązaniem. 
 
[znalazłem zdjęcia podobne do tych twarzy, które widziałem, ale żeby nie zasypywać Was taką obrazowością, podaruję sobie ich dodawanie]

Rozwiązaniem było odwiedzenie kolejnych pokoi i z nich wejście na kolejne piętra. Tak też to przebiegało, pokoje dalej ukazywały podobnych ludzi. Tylko przechodziłem, może nawet przebiegałem koło nich, mówiąc im, że ich kocham, bo tylko tyle mogłem zostawić, nie będąc przekonanym, że ich choroby faktycznie mnie nie zarażą. Nie mogę do teraz zrozumieć tego fenomenu, skoro przecież wiedziałem, że śnię i mogę w każdej chwili sen zakończyć lub przenieść się poprzez skupienie uwagi. Mimo to, widok tych ludzi był tak nieprzyjemny, a w ich oczach było tyle żalu, że nie byłem w stanie z nimi długo przebywać. 

Z ostatniego, bodaj trzeciego piętra, wyszedłem na balkon. Przed nim było trochę roślin, drzew, mała plaża i jakiś duży akwen wodny, może morze, może nie morze. Straciłem nieco kontrolę nad snem przez te "spotkania", ale wracałem szybko "do siebie", wziąłem kilka oddechów z uwagą skierowaną na czakrę serca i wyskoczyłem; płynnie unosząc się w powietrzu, znów robiłem to co kocham w tych snach, czyli beztroskie latanie i obserwacja. Już wiedziałem, że rzekome miasto, a dobitniej miejsce, które symbolizował ten "budynek Matriksu", to miejsce gdzie jest najwięcej fałszu, manipulacji, polityki, chorób, cierpień. Tak pokazane zostały dwie strony medalu, który nosimy w sobie - świat iluzji i świat natury, świat śmierci i świat życia, świat umysłu i świat wolności. 



Po kolejnych lotach, "wysiadłem" nieopodal ulicy, na kamiennym podłożu. Za plecami miałem domki, jakieś małe sklepy, przed sobą plażę i morze. Usłyszałem, że ktoś mnie woła. Po głosie rozpoznałem bliską mi duszyczkę, podbiegłem i pojawiła się twarz nieco puszystej kobiety po 40-tce, którą miałem wrażenie, że znam z jakieś dawnej wycieczki. Nieszczególnie zainteresowało mnie spotkanie z nią, zwłaszcza, że wyczułem zbliżające się plotkowanie i bla-blanie o dupie marynie, więc szkoda mi było na to czasu będąc przy tak rozmaitych doświadczeniach. Poza tym wiedziałem, że chyba cząstka tego świata z "budynku Matriksu" została we mnie, co sygnałem było już przemiana jej twarzy. Pobiegłem w stronę plaży. Spotkałem pewną kobietę, którą jedynie kojarzę z widzenia, była z mężem i o coś się z nim sprzeczała. Objąłem ją i wybiłem się w powietrze. Tutaj był bardzo krótki, ale przyjemny wątek erotyczny ;) Następnie odstawiłem ją dalej na plaży i podziękowaliśmy sobie za tę chwilę bez słów. Stałem przed falami i zachwycałem się pięknem morza, bijącego słońca, latających mew. Słyszałem też jeden utwór, najpewniej znany mi z ceremonii szamańskiej, który pojawiał się "w tle" również na samym początku snu, kiedy pojawiłem się wśród łabędzi i wspólnie lataliśmy. Piosenka, pieśń, jakkolwiek - pasowała idealnie do tej krainy błogości :) Jak go odnajdę, wkleję go tutaj. Obserwując morze, usłyszałem wołanie...

To był mój syn. Syn, którego w owej rzeczywistości nie mam, jednak wiedziałem, że w śnie może istnieć, bo trudno naprawdę jest określić ile z tego co nam się pojawia, jest wspomnieniem z przeszłości, co jest wyobraźnią, co jest tym co może nastąpić i kiedy myślokształty zlewają się tworząc różne rzeczywistości i obrazy zlewające się w jedno płótno. Ludziom wokół znów zmieniały się twarze - albo deformacja oczów, nosa, brody albo inne wykrzywienia albo z zespołem downa. Zbiegały z góry plaży różne dzieciaki, wypatrywałem tam swojego syna i w końcu miałem pewność, że to on. Miał ok. 4-5 lat, był w czapce, co nieco udało mi się dostrzec. Po chwili jednak i on nie był wyjątkiem i również jego twarz zmieniła się na tą z zespołem downa. Wtedy tylko rozłożyłem ręce, wiedząc, że sen będzie mi chyba do końca tworzył takie kaprysy z napotkanymi ludźmi. Nie miałem na tyle możliwości żeby to zmienić, a może zamiast zmieniać, mogłem uruchomić w sobie więcej odwagi, żeby jednak zmierzyć się z tym i przebywać dłużej z tymi ludźmi, starając się dowiedzieć dlaczego tak to wygląda. Być może udałoby mi się porozmawiać i znaleźć esencję tego doświadczenia. Jeśli jeszcze wrócę w podobne miejsce i przydarzy się podobna sytuacja, wiem, że będę chciał bliżej poznać te wskazówki. Tutaj jednak silniejszy był zachwyt nad tym wszystkim, co nie zawierało cierpienia, chorób, fałszu, itp czynników znanych z przemijającego świata 3D. 


Stałem jeszcze przez chwilę skierowany uwagą w stronę morza, słońce dosłownie głaskało i otulało całe ciało, a ptaki śpiewały i fruwały nad falami, do których w pewnym momencie też podszedłem. To była kolejna chwila w raju.


Chyba jeszcze przez moment udało mi się wzbić w powietrze, a za chwilę przed oczami pojawił mi się popielato-srebrno-biały ekran, tylko już robił się bardziej szary, przyciemniony. Wiedziałem, że wracam "do siebie". Byłem już znów częściowo w ciele, ruszałem kończynami. Jeszcze być może mógłbym wymusić powrót do świadomego śnienia, ale czułem, że już sporo jak na jeden raz i zależałoby mi, aby jak najwięcej zapamiętać z tej podróży. 

Zdaję sobie sprawę, że część wątków umknęło mi po wybudzeniu się, zwłaszcza tych na świeżym powietrzu, bo tam rozgrywało się znacznie więcej niż w budynku. Starałem się jak najwięcej zapamiętać poprzez odtwarzanie w myślach tego co przeżyłem, będąc jeszcze w trakcie świadomego snu i następnie zaraz po obudzeniu się. Kiedy byłem w "budynku Matriksu", zanim odwiedziłem pokój z lustrem, byłem w nim przez moment ze znajomymi - tymi, z którymi się umawiałem i kolegą, któremu miałem pokazać lot i miasto. Powiedziałem im, że jesteśmy w śnie i chciałem spisać to na kartkę. Wiedziałem, że po przebudzeniu, pewnie już jej mieć nie będę, jednak samo pisanie, pozwoli mi więcej zapamiętać. Spisywałem krótko i treściwie etapy, niczym tytuły rozdziałów krok po kroku co się działo. Jednak nim skończyłem uzupełniać pierwszą stronę na malutkiej kartce, nagle zrobiła się mokra i już wiedziałem, że nic z tego - jakby wylał się na nią klej.  Po przebudzeniu, chwilę leżałem chcąc odtworzyć to co się działo po kolei, lekko otworzyłem powieki tylko po to, by sięgnąć po telefon i włączyć dyktafon. Przez kilkanaście minut powoli odtwarzałem już za pomocą słów to co pamiętałem i samo wypowiedzenie tego, pozwoliło mi więcej zapamiętać i teraz to napisać. Gdybym nie zrobił tego i wcześniej nie pisał tej kartki w trakcie snu, moja relacja byłaby bardzo uboga, a i tak prawdopodobnie taka jest, bo jestem przekonany, że cały sen trwał kilka godzin ziemskiego czasu.

Trochę zastanawiałem się czy opisywać to publicznie, czy powinienem jednak zachować dla siebie w sferze własnej intymności. Jeśli nie powinienem się tym dzielić, na pewno otrzymam jakiś sygnał i będzie wtedy to ostatni tego typu wpis. Świadomy sen to piękne doświadczenie, w swoim życiu miałem ich przynajmniej kilkanaście, ale rzadko udawało mi się tak długo w nim być i obserwować wiele rzeczy z dużą uwagą i szczegółami. Cieszę się, że podobnie przekłada się to w świecie - tak to nazwijmy - realnym ;) Oczywiście, od czasu do czasu fajnie jest wskoczyć gdzieś dalej, gdzieś głębiej, ale przede wszystkim nie odrywać się od "tej rzeczywistości", kosztem tego co może nastąpić gdzieś poza. Ostatnio w "naszym" tj moim najbliższym obecnie gronie, jedna osoba otrzymała też takie sygnały, aby przede wszystkim być w tu i teraz na Ziemi i też chciałbym, aby to się nie zmieniło i głównie uwaga była skierowana właśnie tutaj. Nie zamykam się też oczywiście na różne podróże i dalsze odkrywanie poprzez sny czy inne wymiary, jednak nie stawiam tego na piedestał i raczej potraktuję to jako pewien dodatek, który może być pomocny właśnie dla zrozumienia doświadczenia życia. Nie chcę przeobrażać tego też w formę rozrywki, bo mam pełne przekonanie, że łatwo z takim nastawieniem się w tym zagubić i oddalić swoje lekcje, które mamy Tu do przerobienia. 

Dziękuję za wszystko co przychodzi. 

 ~ Paweł Drewniak (autor bloga)








8.02.2017

De Mello: Dokonasz wielkiej zmiany poprzez obserwację

Chcesz zmienić świat? A może byś zaczął od siebie? Może tak na początek dokonaj zmiany w sobie? Jak to osiągniesz? Przez obserwację. Poprzez zrozumienie. Bez żadnej ingerencji i oceny z twej strony. Ponieważ jeśli oceniasz, to nie możesz zrozumieć.

Jeśli powiesz o kimś, że jest "komunistą", to w tym momencie skończyło się rozumienie. Przyczepiłeś mu etykietę. "Ona jest kapitalistką" - w tym momencie przestałeś rozumieć. Dałeś jej etykietkę, a jeśli etykietka wyraża półtony twojej aprobaty lub dezaprobaty, to jeszcze gorzej.


Jak zamierzasz zrozumieć to, co dezaprobujesz albo co aprobujesz w danej materii? Żadnych sądów, żadnych komentarzy, żadnych nastawień. Po prostu obserwacja, studia, ogląd bez pragnienia zmiany. Ponieważ, jeśli pragniesz zmiany tego, co jest, na to, co powinno być - powinno być według ciebie - przestajesz rozumieć.

Treser stara się zrozumieć psa, aby móc go nauczyć określonych sztuczek. Naukowiec obserwuje mrówki bez z góry określonego celu - poza samą obserwacją - po to, aby się o nich jak najwięcej nauczyć. Nie ma innego celu. Nie zamierza ich trenować, ani niczego od nich uzyskać. Jest nimi zainteresowany, chce o nich dowiedzieć się jak najwięcej. Takie jest jego nastawienie. W dniu, w którym uda ci się takie nastawienie osiągnąć, doświadczysz cudu. Zmienisz się - bez wysiłku i we właściwy sposób. Zmiana sama się wydarzy, nie będziesz jej musiał dokonywać. Ponieważ świadomość życia drzemie w tobie, w głębokich ciemnościach, cokolwiek jest złe - zniknie. A cokolwiek dobre, zostanie wyłonione. 

Doświadczysz tego, naprawdę.

~ Anthony De Mello

 

31.01.2017

Papaji: To będzie twoje pierwsze spotkanie z sobą samym

W połączeniu samym z sobą, chodzi o to, by zostać gdziekolwiek się jest. Nie przeszkadzaj sam sobie. Gdziekolwiek jesteś, wtedy następuje połączenie. I chodzi tu o realizację, o samorealizację - wolność, oświecenie, jakkolwiek to nazwiesz. To nie jest to, co możesz sobie wyobrazić, co osiągnąłeś. To coś bardzo nowego, bardzo świeżego i będziesz to wkrótce miał po raz pierwszy. To będzie Twoje pierwsze spotkanie z sobą samym. 

Mogłeś napotkać nazwę i formę. Przez miliony lat napotykałeś nazwy i formy. Nawet teraz. Jeśli zostanie zadane Ci pytanie: "Czy widziałeś kogokolwiek bez nazwy i formy?" Nie sądzę, że możesz mi dać pozytywną odpowiedź. O czymkolwiek pomyślisz: jakiś przedmiot, rzecz, osoba - nie unikniesz nazwy i formy. A jeśli spotkasz kogoś bez nazwy i formy, to będzie najszczęśliwsza okazja w życiu i rozpoznasz bardzo dobrze ten moment, który jest Tobą, jest Tobą i jest Tobą. 

Zachowaj spokój. Nie myśl. Nie wyciągaj wniosków, wtedy jesteś Ty. Nie wypatruj tego. Nie wyczekuj. Nie wątp na temat swego majestatu. Nie wątp. I jesteś tym. Takie proste. Czyż nie?

Ten kto znajdzie, będzie wiedział, że znalazł. Ten, kto tego dokonał, będzie wiedział, że tego dokonał. 


 ~ Papaji

30.01.2017

Tolle: Już jesteście w procesie przebudzenia

Nie mówię Wam jak "tam" dotrzeć, lecz staram się Wam pokazać, że już tam jesteście. Nie chodzi więc o to, "jak dotrzeć do Teraz", lecz uświadomić sobie, że już się tam jest oraz że jest ono wszystkim, co istnieje. Właśnie przyszło mi do głowy wyobrażenie sali sypialnej, gdzie wielu ludzi pogrążonych jest we śnie. Taki wielki pokój, gdzie wszyscy śpią. Jedna z tych osób budzi się i widzi, że inni śpią nadal. I wtedy zaczyna krzyczeć - "Pora wstawać, pobudka!" Kilka osób śpi nadal i nic nie słyszy, lecz kilka osób zaczyna z lekka mrugać, następnie znów zapadają w sen, potem znów mrugają.

Czy naprawdę ma znaczenie, w jaki sposób dana osoba się obudziła? Jedna przebudzona osoba może mieć budzący wpływ na inne osoby znajdujące się na sali, jeśli krzyczy wystarczająco głośno. Jest to oczywiście analogia, a nie znaczenie dosłowne. Oznacza to, że każdy kto ma choć najmniejszą gotowość przebudzenia się, jest w trakcie budzenia się, a niektórzy z Was są już nawet w znacznej mierze przebudzeni. Każdy - w przeciwnym razie, nie byłoby Was tutaj. Nie przyciągnęłoby Was tutaj, gdybyście nie usłyszeli wołania - "Pobudka!" Niektórzy czytają książkę i mówią - "Wow, no tak!" - i to było właśnie wołanie "Pobudka!". Mogli też usłyszeć fragment jakiegoś nauczania.

Powiedzmy, że obudził mnie czyjś krzyk - mnie wystarcza to, że taka osoba się obudziła, a potem obudziła mnie. A zdołała mnie obudzić tylko dlatego, że na przebudzenie byłem już gotowy. Nie unieważnia to więc faktu, że ten ktoś obudził się z jakiegoś innego powodu. Być może śnił koszmar, który "wypchnął" go ze stanu uśpienia. Mam poczucie, że coś w tym rodzaju przydarzyło się mnie. Życie stało się tak nieprzyjemne, tak wewnątrz bolesne, że koszmar stał się nie do zniesienia. I to był dla mnie ów krzyk. Życie podsuwając mi ten koszmar, krzyczało: "Obudź się!" 


Tak więc każdy w taki czy inny sposób otrzymuje coś innego, jednak najważniejszym pytaniem jest to - czy potrafisz ten krzyk usłyszeć - czy jesteś gotów otworzyć oczy i pozostawić je otwarte. Tak więc fakt, że ktoś obudził się w sposób odmienny niż większość innych osób, nie deprecjonuje jego/jej roli jako osoby budzącej. 


Są ludzie, którzy już się budzą, choć ich umysły nawet o tym nie wiedzą. Ich umysły wciąż poszukują, mówiąc: "och, tak bardzo chciałbym się przebudzić" - są już jednak w pełni procesu przebudzenia. Przestają utożsamiać się z umysłem, stają się obecni, znikają problemy... A potem znów zapadają w sen. Nazywam to procesem, ponieważ oscylują pomiędzy identyfikacją z umysłem, a stanem przebudzenia.

Stopniowo stan wolny od utożsamienia się z umysłem zaczyna dominować - i to jest piękne. Jednak umysł wciąż może pytać: "Dlaczego ja się nie budzę?" Myślący umysł nawet nie wie, że się budzisz, ponieważ to nie on jest tym, który się budzi. To świadomość wycofuje utożsamienie się z myślącym umysłem - nie jest już więcej przez myślący umysł pożerana. 



 
 

25.01.2017

Krishnamurti: Musimy dokonać całkowitej rewolucji naszej istoty

Zaobserwujcie, co się obecnie dzieje w was i poza wami, w otaczającej was kulturze konkurencji - w kulturze, w której ludzie pragną władzy, stanowiska, prestiżu, nazwiska, sukcesu i wszystkiego, co się z tym łączy. Obserwujcie osiągnięcia, z których jesteście tak dumni - to całe pole zwane przez was życiem. Występuje w nim konflikt w każdej formie międzyludzkich stosunków, konflikt rodzący nienawiść, antagonizm, brutalność i nie kończące się wojny. To pole, owo życie, jest wszystkim, co znamy, a że nie jesteśmy w stanie zrozumieć wielkiej walki o byt, tym samym boimy się jej i uciekamy przed nią na wszelkie subtelne sposoby. Trwoży nas też nieznane: boimy się śmierci, obawiamy się tego, co czeka nas po dniu jutrzejszym. Boimy się tego, co znamy, i zarazem tego, co nie jest nam znane. Takie jest nasze codzienne życie i nie ma w nim nadziei. Dlatego każda odmiana filozofii, każda koncepcja religijna jest tylko ucieczką od aktualnej rzeczywistości, od tego, co jest.

Wszystkie zewnętrzne formy zmian spowodowanych przez wojny, rewolucje, reformacje, prawa i ideologie zawiodły całkowicie, jeśli wziąć pod uwagę problem zmiany zasadniczej natury człowieka, a tym samym społeczeństwa. Jako istoty ludzkie żyjące w niewiarygodnie potwornym świecie, postawmy sobie pytanie: czy to społeczeństwo oparte na współzawodnictwie, brutalności i strachu może mieć kres? Mam na myśli nie intelektualną koncepcję, nie nadzieję, lecz bezwzględny stan: świeży, odnowiony i niewinny umysł tego społeczeństwa, dzięki któremu można by stworzyć całkiem odmienny świat. Sądzę, że może do tego dojść tylko wtedy, gdy każdy z nas przyjmie do wiadomości zasadniczy fakt: my, jako jednostki, jako ludzkie istoty, jesteśmy całkowicie odpowiedzialni za obecny stan świata, i to niezależnie od tego, w jakiej części świata żyć nam wypadło i do jakiej kultury przynależymy.


Każdy z nas ponosi odpowiedzialność za każdą wojnę, gdyż sami jesteśmy agresywni, egoistyczni, przepojeni szowinizmem, ideologiami i uprzedzeniami. To wszystko nas dzieli. Stanowimy cząstkę tego potwornego społeczeństwa wraz z jego wojnami, podziałami, szpetotą, brutalnością i zazdrością, ponieważ przyczyniamy się do tego wszystkiego naszym codziennym życiem. Dopiero wtedy zaczniemy działać, gdy zdamy sobie sprawę - i to nie rozumowo, ale naprawdę, tak jak rozpoznajemy, że jesteśmy głodni lub że cierpimy z powodu bólu - iż jesteśmy odpowiedzialni za cały istniejący chaos, za wszelką nędzę całego świata.


Cóż jednak istota ludzka może uczynić, co możecie wy albo ja uczynić, by stworzyć całkiem odmienne społeczeństwo? Pytanie jest zasadnicze. Czy w ogóle można cokolwiek zrobić? Co my możemy zrobić? Czy ktoś nam to powie? Ludzie nam to mówili. Tak zwani przywódcy duchowi, którzy rzekomo rozumieją te sprawy lepiej od nas, mówią nam to, starając się wcisnąć nas w nowy schemat i podług niego ukształtować. Niedaleko nas to zaprowadziło. Przemądrzali i uczeni ludzie również mówili swoje, lecz to nie posunęło nas o wiele dalej. Mówi się nam, że wszelkie ścieżki prowadzą do prawdy - ścieżki, którymi dążą hindusi, chrześcijanie czy muzułmanie - że wszystkie one wiodą do tej samej bramy. 


Jeżeli spojrzeć na to trzeźwo, jest to oczywistą niedorzecznością. Do prawdy nie wiodą żadne ścieżki, bo to jest pięknem prawdy, że jest ona żywa. Ścieżka może prowadzić do rzeczy martwej, gdyż rzecz martwa tkwi w jednym miejscu, jest statyczna. Gdy ujrzycie, że prawda jest czymś żywym, poruszającym się, nie znającym spoczynku, że nie ma ona świątyni, meczetu czy kościoła, że nie może was do niej zaprowadzić żadna religia, żaden nauczyciel, żaden filozof, nikt w ogóle, wtedy też zrozumiecie, że żywym elementem prawdy jest to, czym obecnie jesteście - wasz gniew, wasza brutalność, wasza przemoc, rozpacz, cierpienie i smutek. Zrozumienie tego wszystkiego jest prawdą i możecie ją pojąć tylko wtedy, gdy dowiecie się, jak należy na te problemy w waszym życiu patrzeć. Nie można tego ujrzeć przez pryzmat ideologii, słów, uczucia nadziei czy strachu.

Widzicie więc, że nie możecie się na nikim oprzeć. Nie ma przewodnika, nie ma nauczyciela, nie ma autorytetu. Jesteście tylko wy - wasz stosunek do innych ludzi i do świata - poza tym nie ma nic. Zrozumienie tego albo wywoła w was wielką rozpacz, z której zrodzi się cynizm i rozgoryczenie, albo też spoglądając prosto w twarz rzeczywistości, ujrzycie, że nikt inny, tylko wy jesteście odpowiedzialni za świat, za siebie samych, za to, co myślicie, co czujecie i co robicie. Zniknie wtedy wszelkie litowanie się nad sobą. Zazwyczaj bowiem dobrze się czujemy, mogąc zrzucić winę na innych ludzi, a jest to tylko forma litowania się nad sobą samym.


Czy potrafimy więc, wy i ja, dokonać w sobie - bez jakiegokolwiek zewnętrznego wpływu, bez przekonywania, bez strachu przed karą - dokonać w samej treści naszej istoty całkowitej rewolucji, przeobrażenia, tak abyśmy już nie byli brutalni, gwałtowni, współzawodniczący, niespokojni, lękliwi, zazdrośni, zawistni, ale byśmy byli wolni od przejawów swej natury zbudowanej przez zepsute społeczeństwo, w którym toczy się nasze codzienne życie?






~ Jiddu Krishnamurti

22.01.2017

Nelly Radwanowska: Tylko w strefie zero jesteśmy nieubezwłasnowolnieni


Nasze życie nie jest takie, jak je zmysłowo postrzegamy. Każdy człowiek samodzielnie "tka"namacalne dla jego zmysłów, holograficzne formy czasoprzestrzenne, tworzące obrazy jego życia. Istnieją one dopóty, dopóki ich twórca utożsamia się z nimi, czyli odbiera je jako prawdziwe.

Większość ludzi ma złudzenie, że posiada "wolną wolę" i ich czyny są z nią zgodne, ale nie zdają sobie sprawy, że odgrywają jedynie rolę interfejsa dla zewnętrznego scenariusza ziemskiego spektaklu. Programowanie umysłu poprzez zmysły i transmisje pozazmysłowe transformują na bieżąco całą ludzką rasę i każdy człowiek jest zindywidualizowanym akumulatorkiem całej tej "gry w oddzielenie". Zróżnicowanie parametrów genetycznych pomiędzy ludźmi, przyczynia się do tak wielkiej różnorodności przeplatających się obrazów komputerowo stymulowanych rzeczywistości na całym świecie.

Warto dodać. że cała wiedza o pozaziemskich cywilizacjach wraz z kręgami zbożowymi i kontaktami z UFO to również jeden z teatrów stworzonych na miarę dla "poszukiwaczy prawdy". Już nie wspomnę o całych zastępach jasno-widzacych, jasno-słyszących astrologach, wiedźmach, numerologach lub pracujących z energiami, karmą, demonami, aniołami czy o "ustawiaczach rodzinnych". Życie w uzależnieniach od poglądów innych i robieniu wrażenia to niesamowity spektakl głęboko śpiących ludzi, który trwa tak długo, jak długo odgrywamy w nim przyjęte przez siebie role. Te rzeczywistości-teatry, są stwarzane przez ludzi, którzy są tego zupełnie nieświadomi.

Wszyscy żyjąc poprzez umysł, doświadczamy życia z poziomu oddzielenia i jesteśmy "obiektami" dostępnymi sterowaniu nieograniczonych oprogramowań będąc zanurzonym, czyli utożsamionym ze sztucznym oprogramowaniem, jakim jest umysł. Człowiek generuje emocje, dzięki którym manifestują się myśli i słowa zasilane przez niego samego - za uwagą podąża energia.


Ta wykreowana rzeczywistość jest mentalną projekcją, czyli pochodzi ze strefy częstotliwości, w których umysł rządzi jako jedyny software. Jedynie w strefie zero, czyli bez myśli i bez emocji, człowiek nie jest dostępny dla transmitowanych kodów usidlających Istotę w stanie "ubezwłasnowolnienia", w którym pełni rolę "tkacza gobelinu wedle obcego projektu".

Jedynie podtrzymywanie pozytywnych myśli i łagodnie wyrażonej radości, umożliwia "zabawę w życie" bez planowania, porównywania, gnania, narzekania, paplania, plotkowania, oczerniania, pretensji - w dziękczynieniu, w wiecznym Tu i Teraz, które jest jedynym miejscem komunikacji samym z sobą, gdzie żadne programowanie nie ma dostępu, a człowiek budzi się ze snu i dopiero wtedy zaczyna się świadome doświadczanie życia, które jest czymś zupełnie innym, niż miał w umyśle wrażenie, że jest.



 ~ Nelly Radwanowska


19.01.2017

Mooji: Kto naprawdę odczuwa uczucie sprzeciwu?

Wewnątrz Was jest takie miejsce, które świadomie rozpoznaje Wasz wewnętrzny sprzeciw (...)

Nie szukamy lekarstwa na chorobę. Zajmujemy się tym, z czego korzystamy. Choćby takie chwile, jak ta, przetwarzacie na sprzyjającą sytuację, którą wykorzystujecie jako możliwość poznania kim naprawdę jesteście. Umysł szybko szuka rozwiązań. Stwarza problem i chce natychmiast znaleźć rozwiązanie. A my nie potrzebujemy centrum śledzenia umysłu.

Natomiast kiedy pojawia się sprzeciw w dowolnej formie, możecie go przyjąć wraz z myślą: "Dobrze, przyjrzyjmy się, kto będzie doświadczać tego uporu. To jest zwyczajne uczucie, to ja. A ja to ten, kto go doświadcza". Takie stwierdzenie może wydać się niemądre. Jednak postarajcie się prześledzić, kim jest to "ja". Czy to "ja", które doświadcza może pozostać milczącym i spokojnym? To bardzo ważne pytanie. Pozostańcie z nim sam na sam.

Czasami umysł może się oburzać: "Jakie to głupie pytanie? Oczywiste, że tu nikogo nie ma, nikt nie istnieje." I nagle umysł zaczyna wygłaszać teorie Adwajty. Ale Wy nie ustępujcie - pozostańcie w pojedynkę z pytaniem: "Kto tego doświadcza?" - dlatego, że to uczucie istnieje w ciele. Wykorzystujcie to uczucie. Wtedy zdarzy się coś nieoczekiwanego. Kiedy w ciele-umyśle pojawiają się podobne uczucia, jest to sprzyjająca okoliczność do przeniknięcia przez nie w głąb (siebie). Wykorzystujcie to uczucie. Lecz nie traćcie wiele czasu na pozbycie się problemu, ponieważ skupienie na problemie daje aspekt personalny.

Wyłącznie obserwujcie, kiedy pojawi się problem, niezależnie od tego czy jest piękny czy wstrętny, gorzki czy słodki. Tylko obecność jest stała, wszystko inne się zmienia. Utożsamiajcie się z Obserwatorem, który jest spokojny, dlatego, że zawsze jest tam (w środku). I to właśnie nazywam "jednym lekiem dla wszystkich". Trwajcie w pozostawaniu bycia w tutaj. Możecie przepuszczać jakieś myśli, bo one będą napływać, w rodzaju: "Nie odczuwam niczego", "Unikam problemu, choć powinienem wziąć za siebie odpowiedzialność...". Tego rodzaju myśli prowadzą Was na powrót do myślenia, skupiania się na problemach. Wy pozostajecie tylko Obserwatorem.

Po jakimś czasie obecność straci zainteresowanie pytaniem "Jak to jest być obserwatorem?". Dlatego zwracam Wam uwagę - śledź i sprawdzaj, czy obserwacja może się obserwować. Nie wiem czy rozumiecie ważność tego. Zwykle patrzycie na treść, fabułę: "Ach, teraz się zmieniło, chmury pociemniały". Opowiadacie historię, która jest projekcją umysłu. A ja chcę, żebyście spojrzeli na opowiadacza fabuły. I kto w tym momencie patrzy na tego opowiadacza.

Powinniście wrócić do wnętrza, zamiast szukać w dali. Nie znajdziecie rozwiązania na zewnątrz. To Wasz umysł chce żyć na zewnątrz, ale Wy - wewnątrz. On chce Was wyciągnąć na zewnątrz i dlatego mówi: "Problem jest na zewnątrz, to on, to ona!". I jeśli dopuścicie to, zaczynacie opowiadać fabułę: "To się wydarzyło w środę, potem zadzwoniłem..." itd. Już się pogrążyliście w pracy umysłu.

Lecz to, co widzi to wszystko, jest tutaj (w środku). Jest także widzący, który reaguje na to, co widzi. Ten widzący, nie jest bez zarzutu. On także podlega pewnym uwarunkowaniom. Jego czucie (odczucia) są w nas. Osobowość, ograniczona osobowość, ma też okazję do obserwacji. Różnica jednak polega na tym, że osobowość obserwuje wyłącznie dla własnych celów. Nienaganny obserwator po prostu obserwuje.

Poczuj go w ciele i nie staraj się od niego uwolnić. Wówczas, w swoim czasie zrodzi się pytanie: "Kto doświadcza tego uczucia?"


~ Mooji

16.01.2017

Osho: Jesteś absolutnie niezastąpiony

Nie podążaj za innymi, nie naśladuj, bo to rodzi głupotę. Przyszedłeś na świat z ogromnym potencjałem inteligencji. Urodziłeś się z wewnętrznym światłem. Słuchaj cichego, spokojnego głosu w sobie, a on będzie cię prowadził. Nikt inny nie może się tobą kierować, nikt inny nie może być dla Ciebie wzorcem, bo jesteś wyjątkowy. Nie było nikogo dokładnie takiego jak Ty. Na tym polega Twoja wielkość, Twoja wspaniałość - jesteś absolutnie niezastąpiony, jesteś sobą i nikim innym.

Człowiek naśladujący innych to pseudoczłowiek. Może uchodzić za świętego, ale jest fałszywy. Świętość pozostaje na powierzchni, na skórze. Zadrap go lekko, a zobaczysz co kryje się w środku.

Naśladując innych, ukształtujesz sobie wspaniały charakter, lecz nie będziesz miał pięknej świadomości - a jeśli jej nie masz, nigdy nie będziesz wolny. Możesz zmieniać więzienia, możesz zmieniać to, do czego jesteś przywiązany, swoje granice. Możesz zostać hinduistą, chrześcijaninem, muzułmaninem albo dżinistą - nic Ci to nie pomoże. Bycie dżinistą oznacza naśladowanie Mahawiry. Tylko, że nie ma nikogo takiego samego jak Mahawira i nigdy nie będzie. Naśladując Mahawirę, stajesz się fałszywy. Zagubisz swoją tożsamość, uczciwość, będziesz okłamywał samego siebie. Staniesz się sztuczny, a to najprostsza droga do tego, by stać się przeciętnym głupcem.

Prawdziwi mistrzowie wychowują mistrzów, a nie naśladowców. Prawdziwy mistrz wrzuca Cię na powrót do Ciebie. Jego wysiłek prowadzi do tego, aby Cię uniezależnić, bo byłeś zależny od stuleci i nie zaprowadziło Cię to donikąd (...) Fałszywy mistrz zachęca, byś za nim podążał, naśladował go, stał się jego kopią. Prawdziwy mistrz nie pozwoli Ci zostać kopią, chce, żebyś był oryginałem. Kocha Cię! Jakże mógłby uczynić z Ciebie naśladowcę?


Trzeba iść przez życie bez zabezpieczeń, szukać własnej drogi. Życie jest wyzwaniem, jest dla Ciebie szansą, abyś mógł się odnaleźć. Ale głupiec nie chce iść trudną drogą - wybiera skróty. Mówi sobie: "Budda doszedł, to czym mam się przejmować? Przyjrzę się temu, co robił. Jezus doszedł, to po co mam szukać? Zrobię to, co on, stanę się jak jego cień" (...)

Świeć własnym światłem, a będziesz mądry. Pozwól innym, by byli Twoimi przewodnikami, a pozostaniesz głupi. Będziesz wciąż przegapiał szanse życia, które przecież są Twoje! 


Życie to cudowna pielgrzymka, ale tylko dla tych, którzy są gotowi szukać o własnych siłach.

  

~ Osho

13.01.2017

Adyashanti: Każda koncepcja "ja" jest nieprawdziwa

Największą barierą, na którą trafiają osoby zajmujące się duchowością, jest właśnie duchowość. To jest przeszkoda. Ponieważ zawiera w sobie wiele różnych duchowych koncepcji. Duchowość jest bardzo podatna na to, co nazywam "magicznym myśleniem". Jednak prawdziwe duchowe badanie, naprawdę pierwszą rzeczą, na którą powinniśmy zwrócić uwagę, jest to nasze "magiczne myślenie". Rzeczy, których nie podajemy w wątpliwość, których nawet nie wyobrażamy sobie zakwestionować. Jak już wspomniałem, dla wielu ludzi, których spotykam, ostatnią rzeczą jaką kwestionują, są oni sami. Są zajęci myśleniem: "Jak mogę doświadczyć tego, co chcę doświadczyć", "Jak mogę odnaleźć pokój, poczuć miłość, odnaleźć dobroć Boga", "Jak mogę znaleźć to, czego szukam"?

To, od czego powinniśmy zacząć to "Czym jest to, co szuka? Kto szuka?" - "Ja, ja szukam". Skąd mam wiedzieć czy moje szukanie jest właściwe, skoro nie wiem czym jestem? W czym zakorzenione jest to poszukiwanie? Kiedy ktoś dociera do tego punktu, jest to etap pewnej dojrzałości z duchowego, psychologicznego i intelektualnego punktu widzenia. Gdy zaczynamy się przyglądać i widzimy, że nie wiemy czym jesteśmy, wstępujemy na bardzo grząski teren, nieprawdaż? W jaki sposób możemy być czegokolwiek pewni?

Więc kiedy przyglądamy się naszemu doświadczeniu i szukamy w nim siebie w intrygujący sposób, nic nie znajdujemy (...) Wiedzieć, że się nie zna nawet samego Siebie? To dopiero kryzys egzystencjalny. Jeśli wiesz to tylko intelektualnie, może być to tylko ciekawość. Lecz kiedy rozpoznasz to przez doświadczenie, wtedy rozpoczyna się w Tobie pewnego rodzaju kryzys, co jest dobre z duchowego punktu widzenia. Kryzys jest dobry w duchowości (...)

Kiedy mówię o "ja", mam na myśli nie tylko kwestię samorozpoznania, ale również "ja" w kategorii wyobrażeń na swój temat. Odbieramy to i zdajemy sobie sprawę, że nie ma żadnego "ja". To jedno z najbardziej wyzwalających przeżyć - chociaż konceptualnie może wydawać to się przerażające. Jednak doświadczalnie zdać sobie sprawę, że całe nasze pojęcie "siebie", jest tylko pojęciem - pojęciem, które może być praktyczne, użyteczne i funkcjonalne. Ale w zasadzie jest tylko tym. to koncepcja. Założenie. Jeśli przyjrzysz się wszystkiemu z czym się utożsamiasz, zobaczysz, że tak naprawdę nie ma w tym Ciebie. W żadnej z tych rzeczy (...)

Jeśli jest w ogóle jakieś "ja" i nie mówię o "Ja" z wielkiej litery, to określa je raczej czasownik. Nie jest to rzecz, nie jest to statystyczna rzecz. Jak już mówiłem, "ja" to tylko bardzo szybko poruszające się, bardzo złożone wzorce w umyśle. Umysł, ciało, emocje - to wszystko zmienia się nieustannie, wiruje wystarczająco szybko, dając Wam iluzję "siebie".

Dokładnie tak samo jak idziecie do kina. Dopóki taśma w projektorze kręci się wystarczająco szybko, daje Wam to poczucie ruchu. Kiedy jest to projektowanie prosto na ekran, zapłacicie tyle, ile trzeba. Jak długo taśma kręci się wystarczająco szybko przed lampą projektora, daje to iluzję ruchu. A tak naprawdę w tej taśmie każda z klatek jest nieruchoma, klatka jest całkowicie statyczna. I w pewnym sensie jest to metafora. Umysł porusza się bardzo szybko w połączeniu z naszą biologiczną budową, strukturą mózgu.

Wszystko to daje poczucie, że naprawdę istnieje - nie tyle co ruchome "ja", ale stałe "ja". To jest iluzja, nieprawdaż? Ale kiedy spojrzysz na iluzję, koniec końców przejrzysz przez nią.


Czegokolwiek nie nazywamy "sobą", nie jest w rzeczywistości "nami".



~ Adyashanti

8.01.2017

Nhat Hanh: Istniejemy razem dla siebie

Moja prawa ręka pisze poematy. Komponuję. Moja lewa ręka nie pisze żadnych poematów. Ale moja prawa ręka nie myśli: "Ty jesteś do niczego". Moja prawa ręka nie ma kompleksu wyższości. Dlatego jest bardzo szczęśliwa. Moja lewa ręka nie ma kompleksu niższości. Tak więc pomiędzy moimi rękoma istnieje mądrość, zwana "mądrością niedyskryminowania". 

Pewnego dnia pamiętam - wbijałem gwóźdź i moja prawa ręka nie była w najlepszej kondycji, co spowodowało, że uderzyłem w palec lewej dłoni. Odłożyłem młotek na bok i objąłem prawą dłonią kciuk lewej dłoni. Jak widzicie, one troszczą się o siebie nawzajem. Nie mówią do siebie: "Ja dbam o Ciebie, a Ty lewa ręko, musisz o tym dobrze pamiętać i odpłacić mi się w przyszłości". Nie zachodzi tutaj tego rodzaju myślenie. Moja lewa ręka nie powie: "Prawa ręko, sporządziłaś mi tyle krzywdy. Daj mi ten młotek, chcę sprawiedliwości". Ponieważ te dwie ręce wiedzą, że są razem - istnieją razem dla siebie.

~ Thich Nhat Hanh

4.01.2017

Tolle: Niech przeszłość i przyszłość zaczną umierać

Czy przeszłość mocno cię pochłania? Często o niej mówisz i myślisz, dobrze lub źle? O swoich wspaniałych osiągnięciach, przygodach i doświadczeniach, albo o tym, jak los cię skrzywdził, o wszystkich okropnościach, które ci wyrządzono, a może o czymś, co sam komuś zrobiłeś? Czy z twoich procesów myślowych rodzi się poczucie winy, duma, niechęć, gniew, rozżalenie bądź litość nad sobą? Jeśli tak, to nie tylko utwierdzasz się w fałszywym poczuciu "ja", lecz zarazem przyspieszasz starzenie się własnego ciała, gromadząc w psychice spiętrzoną przeszłość.

Aby sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest, przyjrzyj się tym osobom ze swojego otoczenia, które kurczowo czepiają się przeszłości. Niech przeszłość z chwili na chwilę w tobie umiera. Nie potrzebujesz jej. Odwołuj się do niej wyłącznie wtedy, gdy jest bezwzględnie aktualna z punktu widzenia teraźniejszości. Poczuj moc bieżącej chwili i pełnię Istnienia. Poczuj własną obecność. Niepokoisz się? Często myślisz o tym, co będzie, jeśli...? Znaczy to, że utożsamiasz się z własnym umysłem, który wybiega ku urojonym przyszłym sytuacjom, stąd zaś bierze się lęk. Przyszłej sytuacji nie sposób sprostać, bo ona najzwyczajniej w świecie nie istnieje. Jest tylko stworzonym przez umysł widmem. Możesz przerwać to szaleństwo, które niszczy ci zdrowie i pomału cię zabija.

Zauważ tylko obecną chwilę. Uświadom sobie, że oddychasz. Poczuj przepływ powietrza przez ciało. Poczuj wewnętrzne pole energii. W prawdziwym życiu - rozumianym jako przeciwieństwo urojeń, umysłowych projekcji - nigdy z niczym oprócz tej chwili nie będziesz musiał się uporać ani sobie poradzić. Zastanów się, jaki „problem" masz właśnie teraz - nie za rok, nie jutro ani za pięć minut. Czego brakuje obecnej chwili? Teraźniejszości zawsze sprostasz, ale nigdy nie zdołasz sprostać przyszłości - i zresztą wcale nie musisz. Rozwiązanie pojawi się, kiedy zajdzie potrzeba - nie wcześniej i nie później.

Czy czekasz na ten moment, kiedy nareszcie zaczniesz żyć? Jeśli wyrobisz sobie taki nawyk myślowy, teraźniejszość nigdy ci nie dogodzi, choćbyś nie wiedzieć ile osiągnął czy dokonał, bo przyszłość zawsze wyda się lepsza. Jest to niezawodna recepta na wieczne niezadowolenie i rozgoryczenie, prawda? Czy z reguły na coś czekasz? Jak wielką część życia spędzasz na czekaniu? Istnieje czekanie krótkofalowe - w kolejce na poczcie, w ulicznym korku, na lotnisku, na umówione spotkanie, na koniec pracy itp. Z czekaniem długofalowym mamy do czynienia, gdy ktoś czeka, aż zacznie się urlop, aż dostanie lepszą posadę, aż dzieci dorosną, aż wejdzie z kimś w naprawdę istotny związek, odniesie sukces, zarobi pieniądze, zostanie ważną osobistością, osiągnie oświecenie. Niektórzy ludzie przez całe życie czekają, kiedy wreszcie zaczną żyć.

Czekanie to stan umysłu, polegający na tym, że pragniesz przyszłości, odtrącając teraźniejszość. Odtrącasz to, co masz, pragniesz zaś tego, czego nie masz. Ilekroć na coś czekasz, bezwiednie wywołujesz konflikt wewnętrzny między swoim tu i teraz, w którym wolałbyś nie być, a czysto projekcyjną przyszłością, w której być chciałbyś.

Kiedy szanujesz, dostrzegasz i całkowicie akceptujesz swoją teraźniejszą rzeczywistość (to, gdzie jesteś, kim jesteś i co w danej chwili robisz), gdy z pełną zgodą przyjmujesz to, co masz, jesteś też wdzięczny za to, co masz, za to, co jest, za Istnienie. O kimś, kto odczuwa wdzięczność za obecną chwilę i za pełnię życia teraz, można powiedzieć, że mu się naprawdę powiodło. Takiego powodzenia nie da się osiągnąć w przyszłości. Z czasem samo zaczyna na rozmaite sposoby przejawiać się w twoim życiu.


~ Eckhart Tolle

3.01.2017

De Mello: Odniosłeś sukces... Jesteś pewien?

To, co chcę powiedzieć, zabrzmieć może nieco pompatycznie, ale jest prawdziwe. Może stać się najważniejszym momentem w waszym życiu. Jeśli uchwycicie, o co mi chodzi, złapiecie sekret przebudzenia. Bylibyście szczęśliwi zawsze. Nigdy więcej nie bylibyście nieszczęśliwi. Nic już nie byłoby w stanie was zranić. Dokładnie tak: nic. Jeśli wylejesz w powietrze czarną farbę, powietrze pozostanie bezbarwne. Nigdy nie zabarwisz go na czarno. I ty możesz pozostać tak nienaruszony.
 

Są ludzie, którzy osiągnęli to, co nazywam ludzkim istnieniem. Nie zawładnął nimi nonsens bycia kukiełką rzucaną raz w jedną raz w drugą stronę. Nie doszło do głosu pozwalanie zdarzeniom lub innym ludziom, aby dyktowali, jak się masz czuć. Ale czujesz się tak, a nie inaczej i mówisz, że łatwo cię zranić. Ha! Ja ci mówię, że jesteś kukiełką. Zatem czy chcesz nią być nadal? Wystarczy nacisnąć guzik i lecisz w dół – lubisz to? Jeśli jednak odmawiasz identyfikowania się z którąś z etykietek, większość twoich kłopotów zniknie. 

Pewien drobny biznesmen, pięćdziesięciolatek, sączy piwo w jakimś barze i rozmyśla: "Gdy spojrzeć na wszystkich z mojej klasy, to widać, że im się w życiu udało". Idiota! Cóż to znaczy "udało się". Ich nazwiska pojawiły się na łamach gazet? Czy według ciebie oznacza to jakieś osiągnięcie? Jeden z nich jest prezesem korporacji, inny prezesem sądu, jeszcze inny kimś jeszcze. Małpy, wszyscy oni są małpami. Kto ustala kryteria sukcesu? Wygłupione społeczeństwo. Głównym jego zadaniem jest utrzymywanie ludzi w chorobie. Im szybciej zdasz sobie z tego sprawę, tym lepiej. Wszyscy oni są chorzy. To lunatyczni szaleńcy. Zostałeś prezesem przytułku dla obłąkanych i jesteś z tego dumny, mimo iż to nic nie znaczy. Bycie prezesem korporacji nie ma nic wspólnego z życiowym sukcesem. Posiadanie wielkich pieniędzy nie jest równoznaczne z odniesieniem w życiu sukcesu. Odniesiesz sukces, jeśli się obudzisz! Wówczas nie musisz nikomu się tłumaczyć ani wyjaśniać; nie obchodzi cię, jak o tobie ktoś myśli czy mówi. Nie masz zmartwień, jesteś szczęśliwy. I to właśnie nazywam sukcesem. 


Dobra praca, dobra opinia, nie mają nic wspólnego ze szczęściem czy sukcesem. Nic. Są całkowicie od tego niezależne. To, co niejednego dzisiaj naprawdę obchodzi, kryje się przede wszystkim w obawie, co o nim pomyślą dzieci, najbliżsi sąsiedzi, jego żona. Powinieneś być sławny. Nasze społeczeństwo i kultura wbija nam to do głowy rano i w nocy
. 


Naśladujcie ludzi, którzy tego dokonali. Czego dokonali? Jedynie zrobili z siebie głupców. Całą swą energię zainwestowali w coś, co pozbawione jest wartości. Przestraszeni i zagubieni – są kukiełkami jak i cała reszta. Spójrz, jak dumnie stąpają po scenie. Spójrz, jacy są wytrąceni z równowagi, jeśli przydarzy im się plama na koszuli. I ty to nazywasz sukcesem? Spójrz, jacy są przerażeni swoją wizją, że gdzieś tam nie zostaną wybrani ponownie. I ty to nazywasz sukcesem? Są ciągle kontrolowani, poddawani nieustannej manipulacji. Nie potrafią cieszyć się życiem. Stale są napięci i pełni lęku. Czy to jest dla człowieka naturalne? Czy wiesz, dlaczego tak się dzieje? Z jednego tylko powodu. Ci ludzie utożsamiali się z pewnymi etykietkami. Dokonali identyfikacji swego "ja" z pieniędzmi, stanowiskiem bądź zawodem. I to był ich błąd. Możesz być hydraulikiem, prawnikiem, biznesmenem czy księdzem, ale nie ma to istotnego znaczenia dla "ja". Ciebie to nie dotyczy. Jeśli jutro zmienisz swój zawód, to tak, jakbyś wymienił ubranie. "Ja" pozostaje nietknięte. Czy ty jesteś swoim ubraniem? Czy jesteś swoim imieniem? Czy jesteś swoim zawodem? Przestań się z nimi utożsamiać. One przychodzą i odchodzą. Jeśli to zrozumiesz, nic nie jest w stanie cię dotknąć
.


Podobnie jak i komplementy czy pochwały. Kiedy ktoś mówi: "Jesteś wspaniały", to o czym on właściwie mówi? Mówi o "mnie", a nie o "ja". To "ja" nie jest ani wspaniałe, ani kiepskie. "Ja" nie jest zwycięstwem ani porażką. Nie jest żadną z tych etykietek. Te przychodzą i odchodzą. Zależnie od kryteriów ustalonych przez społeczeństwo. Zależą też od twych uwarunkowań. Uzależnione są od humoru osoby, która przypadkiem akurat z tobą rozmawia. Nie mają nic wspólnego z "ja", które nie jest żadną z tych etykietek. 


Jeśli zapytasz przebudzoną osobę: "Dlaczego jesteś szczęśliwa?" Odpowie ci ona: "A dlaczego by nie?" Szczęście jest naszym stanem naturalnym. Szczęśliwość jest naturalnym stanem małych dzieci, do których Królestwo należy aż do chwili, gdy je powstrzymamy i zarazimy głupotą społeczeństwa i kultury. 


Aby zdobyć szczęście, nie potrzebujesz niczego robić, bo szczęścia zdobyć nie można. Czy ktoś z was wie dlaczego? Ponieważ już je mamy. Jakże można zdobyć coś, co już się posiada? Dlaczego wobec tego nie doświadczacie go? Ponieważ musicie coś odrzucić. Musicie zrezygnować ze złudzeń. Aby być szczęśliwym, niczego nie trzeba dodawać, trzeba coś jedynie odrzucić. Życie jest łatwe, jest zachwycające. A jeśli jest trudne, to jedynie z powodu waszych złudzeń, waszych ambicji, waszej chciwości i nienasycenia. Czy wiecie, skąd to wszystko się bierze? Z utożsamiania się z rozmaitego rodzaju etykietkami
. 



~ Anthony De Mello

2.01.2017

Niech wszystko płynie naturalnie

Niedawno świeciło słońce, wczoraj trochę pokropiło, dzisiaj pada śnieg. I to wszystko bez udziału człowieka, jakiegokolwiek ruchu, walki, ambicji. Dzieje się naturalnym torem, przebiega wszystko naturalnie. Pogoda nie wydaje się być zmęczona. Człowiek jednak zazwyczaj wybiera to, czego pogoda nie wybrała - nie poddaje się prądzie życia, żyje w ciągłym przekonaniu, że jak tylko otworzy oczy, musi coś zdziałać, bo marnuje życie. Tylko patrząc w ten sposób, patrzy przez zamknięte oczy. I jak się tak przyjrzeć większości twarzy to widać zmęczenie, zawód, stłumienie. Czym jest to wywołane? Ciągłym niezadowoleniem z tego co jest.

Przychodzi więcej, przychodzi wrażenie, że jest więcej, ale poziom nieszczęścia pozostaje taki sam. To pozory. Przepełnienie to rodzaj nieszczęścia, z którego dodatkowo rodzi się obawa przed utratą. To nieustanne "więcej" tworzy blokady, potęguje strach dając pozór zabezpieczenia, sztucznie przykrywa odczuwany <brak>, jakby miał on istnieć w braku "więcej". Jeśli mieszkasz na piętrze i masz dziurę w podłodze, a będziesz łatał ją piaskiem, jest to walka z wiatrakami. Ale dokładając piasku do dziury, przez chwilę będziesz odnosił wrażenie, że wykonujesz dobrą robotę łatając dziurę, że jesteś coraz bliżej osiągnięcia celu.

Pogoda nie potrzebuje, aby jej pomagać w jakikolwiek sposób. Deszcz popada, śnieg spadnie, słońce poświeci i pogoda ma się dobrze, cokolwiek by się nie działo. Między pogodą, a człowiekiem nie musi istnieć duża przepaść. Ale będzie istnieć, dopóki nie nastąpi poddanie, które jest największym wrogiem ego. Warto poddać się dziurze w podłodze. Wu-Wei.


~ Paweł Drewniak

30.12.2016

Mooji: Rozpoznanie świadomości - niech spłonie iluzja

Kiedy rozpoznajesz świadomość, którą jesteś, a nie osobę - wtedy następuje rozpoznanie od osoby do Obecności. Jest jedynie poczucie Obecności. Nie chodzisz już ze skoroszytem na swój temat. To jest po prostu ta spontaniczna samoświadomość. To rozpoznanie zaczyna czyścić to, co było odczuwane jako osobowe mieszkanie. Zatem jeśli coś utknęło tam, coś co trzyma Cię w odczuciu, że jesteś konkretną osobą, w konkretnym smaku, w pewnym egotycznym stanie - wtedy świadomość zacznie oczyszczać to wszystko.

Nie może się zdarzyć, że spoczywasz w swojej źródłowej świadomości, a nadal na poziomie ekspresji okłamujesz, oszukujesz albo czujesz, że jesteś lepszy od innych. To nie byłaby prawda. Te odczucia same w sobie, piekłyby wewnątrz tak bardzo, że musiałbyś je porzucić. Zatem wewnętrzny i zewnętrzny świat muszą być w pewnym sensie zgodne. Nie możesz mieć ciasta, które wygląda jak czekolada, a smakuje jak sardynki. Kiedy zrozumiałeś w jaki sposób świadomość jest sama w sobie, zmienia się coś właśnie w jakości Twojej Obecności. Emanujesz rodzajem spokoju, bezruchu i otwartością. To jest rodzaj Przestrzeni.

Podstawową, główną rzeczą jest zrozumienie, wiedzenie i zweryfikowanie, że jesteś ulokowany jako Świadek tego wszystkiego, co przemija. I bycie jednym z tym Świadkiem. Z tą obserwującą Obecnością. Oto pierwszy krok.

Ty powiedziałeś [do pytającego], że zaczynasz od powiedzenia "Tak". I rozmawialiśmy o tym "Tak". Co to znaczy "Tak"? To jest "Tak" dla kompletnego powrotu do Domu. Do własnej, prawdziwej natury. Nie przygotowywanie się do kompromisów, kontraktów, nie potrzebowanie gwarancji. To jest wystarczające, że moja dusza jest rozpalona, a moja intuicja mówi: "Tak, idź na całość!". I w tym pełnym "Tak", wiele rzeczy, które nie są prawdziwe, wpadają do ognia. Automatycznie. Zatem, jeżeli się pali, niech się wypali. To nie czas na odzyskiwanie czegokolwiek. Niech wszystko spłonie...


~ Mooji

29.12.2016

Osho: Osiągnięcie wolności

Problem nie tkwi w tym, jak osiągnąć wolność. Wolność jest twoją wewnętrzną naturą. 

Nie musisz jej osiągać. Problem tkwi w tym, jak pozbyć się kajdan: przede wszystkim musisz rozpoznać i zrozumieć, że kajdany są kajdanami, a nie ozdobą. Więzienie jest więzieniem, a nie domem. Istnieje tysiąc rodzajów kajdan. Wleczesz je za sobą z nadzieją, że jakoś dociągniesz do cmentarza. Wydaje się, że na tym świecie, ulgę i odpoczynek możesz znaleźć tylko w grobie. Gdziekolwiek indziej się znajdziesz - znowu kajdany, znowu więzienie. Nazwy się zmieniają, kształty się zmieniają... chrześcijanin staje się hinduistą, hinduista chrześcijaninem, ale to tylko zmiana więzienia - tak naprawdę nie ma żadnej przemiany, żadnej wolności. To tylko zmiana starych kajdan na nowe. 


Nie pytaj, jak osiągnąć wolność - pytaj, jak ją utraciłeś. Urodziłeś się wolny, jak zatem stałeś się niewolnikiem? Urodziłeś się jako ludzkie istnienie, jak stałeś się chrześcijaninem, mahometaninem, hinduistą?



~ Osho